Współczesny obywatel nauczył się mówić językiem praw. Ma prawo do bezpieczeństwa, ochrony, edukacji, ochrony zdrowia, godnych zarobków, protestu, własnej tożsamości i sprzeciwu. To jedna z najważniejszych zdobyczy demokracji.
Problem zaczyna się nie wtedy, gdy obywatel formułuje roszczenie, lecz wtedy, gdy przestaje widzieć jego koszt. Każde roszczenie zmienia bowiem pole relacyjne. Jeżeli chcę więcej, ktoś musi coś zrobić, czegoś dostarczyć, z czegoś zrezygnować albo coś sfinansować. Jeżeli domagam się ochrony, ktoś musi ją zapewnić. Jeżeli żądam wyższych wydatków publicznych, ich ciężar musi zostać gdzieś umieszczony. Jeżeli protestuję, mój protest może być uzasadniony, lecz jego skutki poniosą również ci, którzy nie uczestniczą w sporze.
Nie oznacza to, że należy przestać żądać. Oznacza, że obywatelskość zaczyna się tam, gdzie własne roszczenie przestaje przesłaniać całe pole.
Roszczenie może być słuszne
To najtrudniejszy punkt. Roszczenie może być całkowicie uzasadnione z perspektywy osoby, która je formułuje, a jednocześnie generować koszty dla innych. Nauczyciel może słusznie żądać wyższego wynagrodzenia. Pacjent ma podstawy, by oczekiwać szybkiego leczenia. Rolnik może domagać się ochrony swojego rynku. Przedsiębiorca może protestować przeciw obciążeniom. Emeryt może oczekiwać bezpieczeństwa materialnego. Student może żądać dostępnej edukacji.
Nie trzeba rozstrzygać, kto spośród nich „ma rację”. Problem pojawia się wcześniej: co stanie się z polem, jeśli każdy z uczestników uzna własną rację za jedyną rzeczywistość, którą należy uwzględniać? Wtedy polityka przestaje tworzyć wspólnotę. Staje się miejscem negocjacji pomiędzy grupami roszczeń.
Od prawa do kosztu
Demokracja nauczyła nas pytać: Czy mam do tego prawo? To pytanie jest konieczne. Ale obywatelskość wymaga drugiego: Kto poniesie koszt realizacji mojego prawa? Nie po to, aby pierwsze pytanie unieważnić, lecz żeby umieścić je w relacji.
Koszt nie musi być finansowy. Może być czasowy, społeczny, psychologiczny, instytucjonalny. Może oznaczać ograniczenie możliwości innych ludzi albo konieczność przesunięcia zasobów z jednego miejsca w drugie. Roszczenie nigdy nie pojawia się w pustce. Pojawia się w polu.
Obywatel nie jest klientem państwa
Konsument może oczekiwać maksymalnej korzyści przy minimalnym koszcie. Jeżeli oferta mu nie odpowiada, wybiera inną. Obywatel znajduje się w innej sytuacji. Państwo nie jest sklepem, a wspólnota polityczna nie jest usługą wykupioną w abonamencie. Obywatel jest jednocześnie beneficjentem i współtwórcą pola, w którym funkcjonuje. Otrzymuje ochronę instytucji, ale również uczestniczy w kosztach ich utrzymania. Korzysta z solidarności innych i sam pozostaje jednym z jej potencjalnych źródeł.
Obywatelskość jest zatem relacją wzajemności. Nie oznacza symetrii. Nie wszyscy mogą wnosić tyle samo i nie wszyscy potrzebują tyle samo. Właśnie dlatego wspólnota istnieje. Oznacza natomiast świadomość, że to, czego oczekuję dla siebie, pozostaje w relacji z tym, czego mogą potrzebować inni.
Egoizm zaczyna się później, niż sądzimy
Egoizmem nie jest samo posiadanie interesu. Nie jest nim nawet zdecydowana obrona własnego interesu. Człowiek ma prawo walczyć o wynagrodzenie, bezpieczeństwo, przyszłość własnych dzieci czy warunki pracy. Problem rozpoczyna się wtedy, gdy własne położenie zostaje uznane za jedyny punkt, z którego wolno opisywać rzeczywistość.
Wówczas znika drugi człowiek. A następnie znika wspólnota. Pozostają grupy, każda wyposażona w rachunek własnej krzywdy, każda coraz sprawniej artykułująca swoje prawa, każda coraz słabiej zdolna zauważyć rachunek wystawiany pozostałym. To nie jest społeczeństwo pozbawione moralności. Przeciwnie. Może być przepełnione językiem moralnym. Tyle że każda jego część posiada własną moralność własnego roszczenia.
Obywatelskość jako poszerzenie pola
Dlatego obywatelskość nie musi oznaczać patriotycznego uniesienia, posłuszeństwa państwu ani rezygnacji z własnych interesów. Można zdefiniować ją znacznie skromniej. Obywatelskość jest zdolnością dostrzeżenia, że moje uzasadnione roszczenie nie wyczerpuje rzeczywistości. Oznacza włączenie do własnego działania kosztu ponoszonego przez innych.
Nie zawsze prowadzi to do rezygnacji. Czasami, nawet znając koszt, powinniśmy powiedzieć: mimo wszystko tego żądam. Ale wtedy robimy to świadomie. To zasadnicza różnica. Wspólnota nie wymaga bowiem od obywatela, aby przestał mówić „ja”. Wymaga jedynie, aby mówiąc „ja”, nie przestał widzieć „my”. I być może właśnie tutaj, a nie w wielkich deklaracjach, zaczyna się dziś odbudowa obywatelskości. Nie wtedy, gdy przestajemy mieć roszczenia. Lecz wtedy, gdy potrafimy zobaczyć, kto płaci za ich spełnienie.
Leave a Reply