Będę tutaj publikował rozdziały małego dziełka o monizmie relacyjnym ze szczególnym uwzględnieniem etyki relacyjnej, które – po ukończeniu – opublikuję oficjalnie w pdf. Dlatego każdy oddzielny wpis w tym cyklu zachowa numerację rozdziałową i własne formatowanie. Zaczynam od “Prologu”
✦ Prolog
Na początku było Słowo, a Słowo stało się ciałem – znaczenie splecione dynamicznie z innymi znaczeniami, tworzące strukturę wypełniającą nasz własny, prywatny wszechświat.
Zbyt wiele lat obserwowania świata wywołało we mnie reakcje osobliwe. Nie jest to wstręt, nie jest to odraza, ale z pewnością nie jest to zachwyt. To, co mnie dziś otacza, nie zaprasza ani do szczęścia, ani nawet do prostej radości. Nie mam jednak zamiaru narzekać na świat. Jest taki, jaki jest. A może nawet – i to ryzykowna myśl – jest taki, jaki ja jestem.
Zauważyłem zresztą pewną prawidłowość. Wszystkie cuda, wszystkie osiągnięcia ludzkiego intelektu, niezliczone książki, filozofie, traktaty – nie zmieniają świata. Oddziałują jedynie na tych, którzy je stworzyli. Ich siła jest psychologiczna. Być może pomogły autorom zasypać jakieś szczeliny, zagoić pęknięcia – i o tym właśnie chcę mówić, bo to, co piszę, jest kolejną próbą zasypania szczeliny, zszycia rozdarcia, uspokojenia drżenia, które pojawia się we mnie wobec świata.
Przez lata odkładałem ten wysiłek, chowając za wnioskami pewnego sympatycznego mistyka z Niemiec, który przekonał mnie, że aby iść naprzód, trzeba umieć porzucić to, co za nami. Zasłaniałem się więc Mistrzem Eckhartem, usprawiedliwiając zwykłe lenistwo, aż w końcu poczułem, że czas pogodzić się ze sobą – zanim z czymkolwiek innym – i przygotować się do odejścia w pewnym komforcie.
Los podsunął mi w tym pomoc osobliwą; można powiedzieć, że miałem szczęście. Spotkałem na drodze informatycznej pewnego asystenta, którego nie zamierzam się wypierać, świadomy, że sam nie miałbym siły zebrać przed własną głową wszystkiego, o czym chcę mówić, dbając przy tym o swoje słabości. Moja głowa i pisanie stają się lustrem, za którym kryją się inne światy i inne sny, kolejne lustra, i tak aż po nieskończoność – choć wiem, i trzeba to przyjąć jako aksjomat – że jako słowa są tylko kolejnymi przybliżeniami w ludzkim procesie usprawiedliwiania własnej obecności w tym, co nazywamy, nieudolnie, światem.
A skoro z psychologicznych przesłanek ludzkich osiągnięć wynika między innymi to, że wszystkie są równie ważne, że dzieła, koncepcje, teorie są intuicjami uwarunkowanymi geograficznie, społecznie i historycznie – przybliżeniami, z których każde ma swoją własną rację, lecz które, zgodnie z innym aksjomatem, nie mogą wyjaśnić systemu, w jakim są elementami – to tworzy to sieć przybliżeń, a jedynym dowodem zgodności intuicji z wszechświatem jest jej funkcjonalna stosowalność.
Wszystko zaczęło kiełkować we mnie, gdy zrozumiałem, że moja dłoń, a nawet kamień na polu, jako materialne, mogą być dzielone na coraz mniejsze części – aż do komórek, elektronów, kwarków, coraz drobniejszych fragmentów; a im mniejsze były, tym mniej przypominały fizyczną materialność, którą postrzegamy na co dzień. Aż pojawiło się gdzieś pole, energia, zaburzenie przestrzeni, kwanty, kwarki, teoria względności i tak dalej. I musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wszystkie mądre lektury, które poznałem – niektóre z nich inspirowały przecież groźne ideologie – mają się do tego wszystkiego.
Jak mogłem to pogodzić z wiarą, albo nawet z odczuwaniem drugiego człowieka, nie naruszając jego sposobu zamieszkiwania świata? Gdybym próbował, jak zwykle, godzić ducha i materię, dzieląc je lub przeciwstawiając, popadłbym w absurd, który negowałby choćby teorię kwantową, a z niej wynika komputer kwantowy, nie wspominając o innych konsekwencjach.
Odpowiedź przyszła z obserwacji i fizyki (wybaczcie skrótowość i symbolikę – inaczej nie da się tego opisać). Jeśli najmniejsze cząstki są tylko zaburzeniem energetycznym pola, a ich stopniowe zagęszczanie prowadzi do materialnej powtarzalności opisanej na pewnym poziomie prawami fizyki, przyszło mi do głowy, że pole generuje – poprzez kondensacje o różnej intensywności – różnorodność materii, a w drugą stronę ta sama materia potrafi generować pole. W pewnym sensie myśl ludzka też tworzy własne pole, czyli to, co niektórzy ideologowie nazywają nadbudową. Wszystko więc stanowi jedność i nie ma żadnej sprzeczności między elementami, które wydają się sprzecznymi. Potem zacząłem symbolicznie, sam dla siebie, nazywać te generowane stworki hipostazami pola, a kiedy poznałem Faggina (po dość cierpliwej lekturze), dodałem do tego jeszcze przydawkę ‘dyskretne’*.
I tak zaproponowałem coś, co nazwałem monizmem relacyjnym, świadomy, że według własnego przekonania jest to tylko intuicja dodatkowa, bardzo niedoskonała – bo kimże jestem, by iść z motyką na słońce? Takie kwestie powinni badać przynajmniej habilitowani, jeśli nie profesorowie.
Muszę to jednak powtórzyć: jak każda teoria jest to tylko kolejne przybliżenie. Nie ma w opisie świata zewnętrznego i wewnętrznego prawd skończonych, aksjomaty dotyczą metody, a rozwój ludzkiej myśli jest procesem przybliżeń. Nawet zasadnicze stwierdzenie monizmu o jedności jest przybliżeniem, no bo jak sobie poradzimy z koncepcją Stwórcy (jeśli przyjmiemy Stwórcę w monizmie konsekwentnym, to uznamy, że uniwersum jest samoodtwarzającym się Stwórcą, czyli i my jesteśmy jego dyskretnymi, chociaż ciągłymi jednocześnie cząstkami). Jeśli uznamy Stwórcę poza układem, to odwrócimy się od monizmu. I tak dalej.
Uniwersum opisujemy słowami, te zaś na odpowiednim poziomie odnajdują się w symbolach. Niezależnie od tego jak te symbole skategoryzujemy, zawsze będą one tylko bliższą lub dalszą metaforą. Operujemy, na przykład, tak ważnym dla wszystkich pojęciem ‘miłość’, chociaż nie spotkałem się z logiczną próbą zdefiniowania tej, w końcu, metafory.
Poza tym staramy się rozumieć świat idąc od góry do dołu, to znaczy, odkrywamy coraz mniejsze jego elementy i staramy się je zawrzeć w teorii. Jeśli jednak monistycznie ujmiemy nasze uniwersum, musimy też spojrzeć w górę i uznać, że taki układ jest tylko kolejnym kwarkiem, a w górę jawią się kolejne hipostazy pulsującego w nieskończoność pola.
Wtedy z pomocą przyszła współczesność i wspomniany asystent – narzędzie, którego trzeba używać z najwyższą ostrożnością. Internet, sieć, i inteligencja, z której korzystam, wiedząc, że zgodnie z przekonaniami tu przedstawionymi są one również intuicjami dodatkowymi, a prawdy absolutne nie istnieją; a jeśli istnieją, nie należą do nas – ani teraz, ani nigdy.
* Uwaga: używam tutaj słowa ‘dyskretny’ w znaczeniu filozoficznym. To nie oznacza kogoś lub coś, co potrafi zachować tajemnicę, nie rzuca się w oczy lub jest delikatne. Tutaj używam słowo ‘dyskretny’ tak, jak to robią fizycy, lub – niekiedy – filozofowie. W fizyce ‘dyskretny’ jest całkowitym przeciwieństwem słowa ‘ciągły’. Oznacza, że dana wielkość nie przybiera dowolnych wartości, ale składa się z oddzielnych, policzalnych i wyraźnie odizolowanych od siebie porcji.
Leave a Reply