Świat nieustannie się zmienia. Technologie pojawiają się i znikają, imperia wzrastają i upadają, społeczeństwa przechodzą kolejne fale entuzjazmu i rozczarowania. W tym nieprzerwanym ruchu człowiek bardzo chętnie używa jednego szczególnego słowa: postęp. Słowo to stało się niemal automatycznym elementem współczesnego języka. Mówi się o postępie naukowym, społecznym, moralnym czy cywilizacyjnym, często bez zastanowienia nad jego rzeczywistym znaczeniem.
Sam fakt zmiany nie oznacza jednak postępu. Zmiana jest jedynie przejściem od jednego stanu do drugiego. Aby określić ją mianem postępu, potrzebne jest kryterium oceny. Musi istnieć odpowiedź na pytanie, co oznacza „lepiej”, a co oznacza „gorzej”. Bez takiego punktu odniesienia można jedynie stwierdzić, że coś stało się inne niż wcześniej.
W tym właśnie miejscu pojawia się zasadniczy problem filozoficzny. Jeżeli postęp oznacza ruch ku czemuś lepszemu, to skąd pochodzi miara tego dobra? Wzrost bogactwa nie musi oznaczać wzrostu szczęścia. Rozwój technologiczny nie musi oznaczać rozwoju moralnego. Większa skuteczność działania nie musi oznaczać większej sprawiedliwości. Każde twierdzenie o postępie zawiera więc ukryte założenie, że istnieje pewna wartość pozwalająca ocenić kierunek zmian.
W tradycjach religijnych odpowiedź była stosunkowo prosta. Źródło dobra znajdowało się poza człowiekiem. Niezależnie od różnic pomiędzy systemami religijnymi zakładano istnienie porządku przekraczającego indywidualne interesy, nastroje i lokalne zwyczaje. To właśnie taki transcendentny punkt odniesienia pozwalał mówić o wzroście lub upadku, o wierności lub zdradzie, o rozwoju lub degeneracji.
Współczesność coraz częściej próbuje budować etykę bez odwoływania się do tego rodzaju fundamentu. Wartości mają wynikać z umowy społecznej, konsensusu, racjonalnej debaty lub ewolucji kulturowej. Podejście to posiada wiele zalet, ponieważ pozwala uniknąć dogmatyzmu i uwzględnia historyczną zmienność ludzkich doświadczeń. Pozostawia jednak otwarte pytanie o ostateczne źródło norm. Jeżeli wszystko jest efektem negocjacji, to na jakiej podstawie można uznać jedne negocjacje za lepsze od innych?
Problem staje się szczególnie widoczny w chwilach kryzysu. Społeczeństwa mogą się mylić. Większości mogą usprawiedliwiać niesprawiedliwość. Popularne poglądy mogą prowadzić do przemocy lub wykluczenia. Historia dostarcza aż nadto przykładów sytuacji, w których obowiązujący konsensus okazywał się głęboko błędny. Sama zgoda społeczna nie jest więc wystarczającą gwarancją prawdy ani dobra.
W perspektywie monizmu relacyjnego kwestia ta nabiera dodatkowego znaczenia. Relacje tworzą pole ludzkiego życia, lecz nie każda relacja jest równie stabilna, twórcza czy korzystna dla uczestników pola. Aby odróżnić relacje wzmacniające od relacji destrukcyjnych, konieczne staje się odwołanie do pewnej normy. Norma ta nie musi przyjmować formy rozbudowanej doktryny metafizycznej, jednak nie może być całkowicie zależna od chwilowych emocji lub doraźnych korzyści.
Najprostszą postacią takiego zewnętrznego punktu odniesienia wydaje się stara zasada obecna w wielu kulturach i religiach: nie czyń drugiemu tego, czego sam nie chciałbyś doświadczyć. Jej siła nie wynika z komplikacji teoretycznych, lecz z możliwości zastosowania w niemal każdej sytuacji. Stanowi ona swoistą busolę pozwalającą zachować orientację nawet wtedy, gdy otaczający świat znajduje się w stanie głębokiej przemiany.
Być może właśnie dlatego dyskusja o postępie okazuje się ukrytą dyskusją o transcendencji. Nie chodzi koniecznie o konkretne wyobrażenie Boga ani o określoną tradycję religijną. Chodzi o pytanie, czy istnieje coś, co pozwala ocenić kierunek ruchu świata, nie będąc jednocześnie częścią tego ruchu. Bez takiego punktu odniesienia postęp staje się jedynie inną nazwą zmiany.
Świat pulsuje. Nie jest sam w sobie ani dobry, ani zły. Dobro i zło pojawiają się dopiero w przestrzeni odniesień, wyborów i odpowiedzialności. Człowiek potrzebuje więc nie tylko wiedzy o tym, jak zmieniać rzeczywistość, lecz również odpowiedzi na pytanie, ku czemu zmiana powinna prowadzić. Dopiero wtedy można mówić nie o ruchu, lecz o kierunku. Nie o zmianie, lecz o postępie.
Leave a Reply